Ciąża – drugi miesiąc


Tak to już w życiu bywa, że czasami coś jest późno. Ale lepiej zrobić coś późno niż później i późno niż wcale. Dlatego dzisiaj opowiem Wam o tym jak wyglądał mój drugi miesiąc ciąży. Co się zmieniło, co pozostało takie samo, a co już nigdy nie wróci. Jak zmieniało się moje ciało, umysł i całe życie…

Ciąża to nie choroba. Z tym muszą się zgodzić wszyscy.  Ale już przebieg ciąży może być różny. Każda z nas jest inna i wszystko to co się z nami dzieje będzie zupełnie nieporównywalne. Bo choć u wszystkich zaczyna i kończy się tak samo, to jednak cały przebieg jest jedną wielką podróżą. Wiadomo, że aby zajść w ciążę to musi być seks. Nie będę ani kwestionować ani negować innych alternatyw, bo uważam je za równie szczytne – zwłaszcza adopcję, która daje nowe życie i szansę tym, którzy często ją już stracili albo nigdy nie mieli. Nie będę też rozważać in vitro, bo mnie ono nie dotyczyło i uważam, że nie mam prawa wypowiadać się o powodach i uczuciach kobiet (par!!), które przez to przechodzą.

Zatem skupię się na tym jak ciąża wyglądała u nas. O seksie i dwóch kreskach już było. Było też o pierwszym miesiącu ciąży. Jeden z pierwszych postów, więc nieco nieporadny, jeszcze nie taki jak chciałam, taka nauka chodzenia. Teraz kiedy już nieco się rozkręciłam postanowiłam opowiedzieć Wam jak rósł ten mój balon okrąglutki i co było po drodze.

drugi miesiąc ciąży

drugi miesiąc ciąży

Pierwszy dzień, w którym poczułam, że mam obcego w brzuchu to dokładnie 17 sierpnia. Powiedziałam wtedy Hubbiemu, że chyba się udało, bo tak się jakoś niewyraźnie czuję. Dodać też powinnam, że Rumpel jest efektem wielce radosnego świętowania rocznicy ślubu. Dwa testy wyszły jednak negatywne. Na pierwszej wizycie u ginekologa też lekarz stwierdził, że to co on widzi to może równie dobrze być pęcherzyk powietrza. Gówno wiedział smarkacz jeden. Ładne oczy mu w niczym nie pomogły. Dobrze, że mój prowadzący lekarz wrócił niebawem z urlopu i on nie miał żadnego problemu z rozpoznaniem ciąży. Pielęgniarka położna założyła mi kartę ciąży, zmierzyła ciśnienie i ogólnie porozmawiała bardzo sympatycznie ze mną.

A teraz możecie sobie przygotować paczkę chusteczek. Bo ta wizyta, na której pęcherzyk powietrza na szczęście nie był tylko pęcherzykiem powietrza to również wizyta z USG. I choć to badanie jest tylko czarno-białym obrazem macicy dla jednych to dla drugich (czytaj chociażby ja, Mama Rumpla) jest czymś zupełnie wyjątkowym. Wyobraźcie sobie, że widzicie plamki na ekranie monitora i wiecie, że ta jednak biała to Wasze dziecko. To życie, które zaczęło się pod Waszym sercem i rośnie, rozwija się i już jest Wasze. Ta fasolka, która widniała na ekranie, to już była moja fasolka. Nasza fasolka. Sam widok to już potok łez szczęścia, a wyobraźcie sobie teraz pierwszy raz, tę pierwszą chwilę kiedy słyszycie bicie serca tej małej fasolki. To jest tak magiczne i nie do wiary. Takie nierealnie realne. Ta mała fasolka już ma serce i ono bije niesamowicie szybko, już miarowo, bije głośno i wyraźnie. Ten dźwięk, jak echo odbija się w mojej głowie do dzisiaj. To pierwsze bicie serca jest szczególne, bo oto nowy człowiek zaczyna się w Tobie rozwijać, on żyje, jego serce tętni życiem. A Ty Mamo nie jesteś sama. Bicia serca są dwa i życie się narodziło. Piękny to moment, bo uświadamiasz sobie wtedy, że to dziecko jest prawdziwe, żyje, jest. Jest w Tobie! Dla mnie to USG było szczególne. Było potwierdzeniem tego co wiedziałam od pierwszego dnia. Było głośnym, namacalnym, widocznym potwierdzeniem tego, że z dwóch zwykłych komórek powstało życie. Było potwierdzeniem, że owoc naszej miłości jest już w moim brzuchu.

Kiedy mieliśmy już namacalny dowód istnienia fasolki postanowiliśmy powiedzieć rodzicom. W związku z chorobą taty chcieliśmy tą informację przekazać w sposób szczególny. Położyliśmy więc zdjęcie USG w kuchni na stole, gdzie tata pijał poranną kawę/herbatę. Podpisaliśmy dosłownie nasza Fasolka. Ta informacja dała nam wszystkim nową nadzieję, optymizm i wiarę, że tata ma dla kogo walczyć. Wtedy nikt nie wiedział, że kosmiczny plan jest już zaprojektowany inaczej. Ale nie o tym dziś. Dziś o radości jaką stała się ta fasolka tętniąca pod moim sercem.

Piękne to wspomnienia. Ale jeszcze piękniejsze miały nastąpić. Bo jeszcze w drugim miesiącu miałam kolejną wizytę. Co prawda 9 tydzień ciąży, ale umówmy się, że to jeszcze był 2 miesiąc. Wizyta była bardzo szczególna. Wyjątkowości nadała jej obecność Hubbiego i wspólne zaglądanie na efekt naszych miłosnych poczynań. Tak przyznaję jasno, głośno i otwarcie, że uprawialiśmy dużo seksu, żeby począć Rumpla. No wyobraźcie sobie, że dzieci to jednak z kapusty się nie biorą. Poważnie! 🙂 Więc ten efekt przyjemności w postaci fasolki na ekranie monitora przy USG był tak niesamowity, że pierwszy raz mojego osobistego męża zamurowało. Chwila, w której lekarz pokazywał nam naszą małą Jelly Belly Bean była absolutnie bezcenna.

Tu są zalążki rączek, nóżek, a tu jest główka, jedna.

Takimi słowami opisał nam fasolkę. Hubbie był niemniej zachwycony niż ja, a może nawet bardziej. Ale taka radość chyba towarzyszy wszystkim rodzicom, którzy pragną dziecka. Przyjemne to poczuć jeszcze większą miłość do męża i wiedzieć, że pragnie się ze mną związać takim zobowiązaniem, odpowiedzialnością i cudownym namacalnym efektem miłości jakim jest dziecko.

Z rzeczy bardziej przyziemnych: od początku ciąży i już kilka miesięcy przed zażywałam kwas foliowy. Dodatkowej suplementacji nie miałam zalecanej, więc też niepotrzebnie się nie tabletkowałam. Z pewnością jednak zaczęłam dbać o to co jem. Najtrudniejszym zadaniem było wyuczenie w sobie nawyku jedzenia śniadania. Jak tu jeść przecież, gdy staje to w gardle i pęcznieje i przełknąć się nie da! Nigdy nie umiałam jeść śniadania zaraz po przebudzeniu i to było jedno z wyzwań ciąży. Ale wygrała silna wola i rozsądek.

Achh, no przecież powinnam Wam opowiedzieć nieco o tym jak się czułam w pierwszych tygodniach pierwszego trymestru ciąży. Czułam się słaba. Było mi niedobrze, słabo i nie miałam energii. I choć nie mogę narzekać na poranne mdłości to byłam raczej spowolniona w obrotach. Ale bardzo szczęśliwa.

Poza jednym epizodem, który przerwał moją dobrą passę życia bez wymiotów 😉 Taka zawsze byłam dumna z tego, że nie wymiotuję. NIGDY! No i ciąża przerwała moje kilkanaście lat w radości i spokoju. Przepraszam za szczerość, ale zeżarłam 400 gr naleśnika ze szpinakiem a wyrzygałam chyba 500. Tak bardzo chyba nigdy wcześniej nic mi nie zaszkodziło. Nie wiem czy to ilość czy jakość, ale moja bratowa i chrześniaki też zajadali z tego samego lokalu i im nic się nie zadziało. A ja rzygałam jak kot. I powiem Wam, że doceniam te lata bez wymiotów, bo to ani przyjemne, ani pomocne. Całą noc i połowę dnia czułam się okropnie. Bratowa wychodząc o 6:20 do pracy zapytała delikatnie czy ja przypadkiem nie jestem w ciąży… A że cała historia działa się na kilka dni przed moją właściwą wizytą u lekarza to choć test już pokazał się pozytywny i ja wiedziałam to jednak wtedy bratowa potwierdzenia swoich przypuszczeń nie otrzymała. Ale myślę, że co wiedziała, to wiedziała. W końcu kobieta, mama dwójki wspaniałych maluchów musiała w głębi serca wiedzieć, że jej przypuszczenia są słuszne.

Na szczęście epizod był odosobniony. Poza ogólnym osłabieniem ciąża była dla mnie bardzo przyjemnym stanem.

Aaaaa! Prawie zapomniałam Wam powiedzieć. Od początku ciąży zadbałam o pamiątki, dzięki którym teraz mogę Wam tak dokładnie opisać te wspaniałe kilka miesięcy choć w ciąży już dawno nie jestem. Prowadziłam dzienniczek ciąży, robiłam zdjęcia i dokumentowałam co tylko mogłam. Znam więc swoje wymiary, wagę i kształty z każdego etapu. Ale podzielę się nimi tylko jeśli będziecie ciekawi!!

A Wy jak wspominacie swoje pierwsze miesiące ciąży? A może właśnie nosicie pod sercem tę szczególna fasolkę i macie wrażenia na żywo? Piszcie 🙂

You may also like

LEAVE A COMMENT

O mnie

Zofia

Kim jestem? Hmm… Jestem tysiącem osób w jednej. Jestem kobietą, żoną, mamą, córką, wnuczką, pracownikiem, kucharką, sprzątaczką, gosposią, nianią, kochanką. Jestem sobą i jestem efektem swoich rodziców.

Zblogowani

Zblogowani